23/06/2025
Jeszcze rok temu, o tej porze siedziałem w klimatyzowanym biurze, gapiąc się w monitor z kubkiem kawy w ręku i poczuciem, że coś ważnego przecieka mi przez palce. Zarobki świetne, stabilizacja marzeń, a jednak codziennie towarzyszyła mi myśl: „czy naprawdę tylko o to chodzi?”
Aż przyszedł ten dzień, kiedy zamiast włączyć laptopa, złożyłem wypowiedzenie i postawiłem wszystko na jedną kartę—własną działalność. Bez szczegółowego planu, z naiwnością dziecka i odwagą, którą sam siebie zaskoczyłem. Wiedziałem tylko tyle, że albo zrobię ten krok teraz, albo nigdy.
I tak oto, z dnia na dzień, z dobrze płatnego „korpo” wskoczyłem na głęboką wodę własnego biznesu. Chcecie wiedzieć, czy utonąłem, czy może nauczyłem się pływać?
Oto moja historia…
Żartowałem.
Nie było żadnego korpo, nie było kokosów, nie było też żadnej naiwności czy wielkiej odwagi. Było za to bardzo realne poczucie, że życie przecieka mi między palcami. Były dwa lata pracy zdalnej, które szatkują mózg i psychikę.
Nie mam ochoty na kolejną wygenerowaną papkę o odwadze, pasji i spełnianiu marzeń. Podejrzewam, że wielu z was też już zbiera się na mdłości, jak widzi kolejny taki tekst. W pracy mam jedną zasadę której zawsze się trzymam, nie traktuję klientów jak frajerów.
Więc teraz, kiedy dostałem powiadomienie z dotowanego skansenu z czasów złotej ery Neostrady, czyli ZUSu, który napisał, że kończy mi się możliwość nie płacenia obniżonych składek. pomyślałem, że to dobry moment, żeby napisać coś w rodzaju podsumowania.
Wielu z was ma tę drogę już za sobą, albo pracuje w korpo i gdzieś z tyłu głowy krąży wam myśl: „a może rzucić to wszystko...?” Może moje doświadczenie was zaciekawi. Ale z góry: to nie jest recepta, nie jestem żadnym strategiem ani guru produktywności. Po prostu zrobiłem coś, co pozwala mi się czuć lepiej.
Bo życie – wbrew temu, co się wmawia – to nie są zawody. Z nikim się nie ścigacie. Na końcu i tak wszyscy umrzemy, więc może warto przynajmniej żyć po swojemu.
Ostatnie 8 lat spędziłem w firmie transportowej. Wprowadzałem dane, obsługiwałem dużego klienta. Robota potrzebna wtedy, kiedy ją dostałem – serio, nie narzekam. Ale z czasem, po trzydziestce, 8 godzin przed komputerem stało się męczarnią. Człowiek przez cztery jest efektywny, a potem tylko odlicza czas.
Moje wykształcenie? Totalnie niezwiązane z tym, co wtedy robiłem. Gdy kończyłem studia – mimo że razem z technikum poświęciłem im prawie dekadę – nikt mnie nie chciał. W 2015 Nie było rynku pracownika, były śmieciówki przez agencję pracy. Zacząłem jako operator wózka widłowego i wspominam to jako jeden z najbardziej szczęśliwych okresów mojego życia.
Ale ambicja to upierdliwa cecha. Więc pchałem się do biura: najpierw na dyspozytora, aż w końcu wylądowałem tam, gdzie miałem „dobrą pracę”(to nie ironia).
A potem stwierdziłem, że jednak mam dość.
Nie jestem typem człowieka, którego cieszy zmuszanie się do korzystania z Multisporta.
Na studiach, trochę z przypadku, zrobiłem kurs arborystyczny. Może nie miałem do tego najlepszej fizjonomii — patrząc na młodych chłopaków skaczących po drzewach jak wiewiórki, zdecydowanie bliżej mi było do baribala. Ale trafiłem w dobrą niszę. Duże firmy często nie są zainteresowane pojedynczymi drzewami, rosnącymi gdzieś między garażem a ogrodzeniem w centrum miasta. A ja byłem w stanie zapewnić klientom coś, czego brakowało u Pana Staszka lub Mirka: jakość, bezpieczeństwo i profesjonalizm przy wycinkach.
Robiąc to dwie–trzy soboty w miesiącu, zarabiałem drugą pensję.
Miałem też farta — trafił się wspólnik informatyk, który potrzebował spółki z o.o. do fakturowania. Skorzystaliśmy na tym obaj. Nie chciałem jednak uzależniać całego życia od pracy fizycznej. Jest niebezpieczna, obciążająca, wiem też, że nie będę się wspinał po drzewach do sześćdziesiątki. To nie jest sport długodystansowy.
Trwało to dobre cztery lata. Firma się sama finansowała. Co zarobiłem — reinwestowałem w sprzęt. To, co zostawało — odkładałem.
Aż na początku 2024 roku ktoś z pracowni architektonicznej poprosił mnie o poprawienie inwentaryzacji dendrologicznej. Szybko się okazało, że nie da się niczego poprawić — trzeba było zrobić wszystko od nowa. Autorka poprzedniej wersji wykazała się, delikatnie mówiąc, kompletnym brakiem dobrej woli w zrozumieniu tematu.
Zrobiłem to. Poszło dobrze.
Potem przyszła kolejna robota. I następna. Jakiś klient z zewnątrz, potem inny.
I nim się obejrzałem, po ośmiu godzinach spędzonych w pracy przy komputerze, musiałem siedzieć kolejne cztery, żeby ogarnąć swoje rzeczy.
I poczułem coś, czego od dawna nie doświadczałem: ekscytację, ambicję, a przede wszystkim satysfakcję z tego, że rozwiązuję realne problemy prawdziwych ludzi. Że to ma sens. Że mogę się rozwijać.
Kiedy podliczyłem zlecenia, wyszło mi, że jeśli pracuję tydzień w miesiącu „po godzinach”, mam etat to tak naprawdę jakbym dorobił dwa wszystko by się spięło. Zaczęła kiełkować myśl: może zająć się tylko tym? Jest część pracy w terenie, część pracy biurowej.
Ale nie dajcie się zwieść. Różne są typy osobowości, różne historie – a sytuacja często wygląda zupełnie inaczej niż w filmach z YouTube. W tym samym czasie musiałem wynająć mieszkanie. I trafiłem dokładnie na ten klimat: „wynajmij mieszkanie, załóż firmę, będzie pięknie, sukces gwarantowany, dochód pasywny, pasywno-agresywny.
Prawda jest taka, że obie te decyzje kosztowały mnie potworną ilość stresu. Wewnętrznych dialogów, walki z samym sobą. A jakby tego było mało – po pięciu latach wycofał się mój wspólnik, senior partner w spółce. I zostałem sam. Wtedy musiałem z dnia na dzień przejść z „świata biznesu” do „świata biedy”. Czyli otworzyć jednoosobową działalność. Chociażby na próbę. Nie topić wszystkiego na jednej karcie.
W grudniu 2023 postanowiłem: daję sobie pół roku. Zobaczymy, co się wydarzy. Najwyżej wrócę na etat.
I wiecie co? Wygląda na to, że… kliknęło.
Okazało się, że to moje wykształcenie, które wcześniej wydawało się kompletnie niesprzedawalne, nagle ma sens. Wiedza, którą serwowałem znajomym przy piwie jako ciekawostki o drzewach, zaczęła być realnie potrzebna. Bo rynek się zmienił. Bo ludzie zaczęli rozumieć wartość zieleni. Bo pojawiła się presja – na ochronę środowiska, na mądre decyzje, na odpowiedzialność.
Największy plus? Możliwość rozwoju. Robienie rzeczy, które naprawdę mnie interesują. W ostatnich miesiącach zainwestowałem w sprzęt: tablet, GPS, anteny, oprogramowanie. Pojawiły się kursy – chociażby ten z Instytut Drzewa – które dokładnie trafiają w to, czym się zajmuję.
A zlecenia? Bardzo różne. I bardzo ciekawe.
Pomagam ludziom, którym ktoś wyciął drzewo w trakcie remontu i nie wiedzą, co z tym zrobić. Gdzie to zgłosić, jakie są konsekwencje, jaka jest wysokość kary. Pracuję ze wspólnotami mieszkaniowymi, które zostały oskarżone o zniszczenie drzew – czasem słusznie, czasem nie. Doradzam właścicielom posesji, którzy przez podniesienie gruntu nagle zauważyli, że ich drzewa schną. Robię inwentaryzacje do dużych projektów, które wpłyną na kształt Poznania na dekady.
Podoba mi się rola człowieka-orkiestry. To, że jestem odpowiedzialny za wszystko: od pozyskania klienta, przez rozmowę, aż po marketing i realizację. Myślałem kiedyś, że jestem raczej nieśmiały w kontaktach, ale wystarczy, że wiem, o czym mówię i że mogę pomóc – i nagle łapię flow, odstawiam pod drzewem performance tłumacząc klientowi biomechanikę drzewa. Nawet jeśli czegoś nie wiem – nie boję się przyznać, tylko uczę się tego z ciekawością.
Ostatnio pisałem opinię dendrologiczną na temat możliwości przesadzania dużych, starych drzew. Zanurzyłem się w literaturze, w badaniach, w opracowaniach technicznych. I pomyślałem: to jest to. To mnie naprawdę kręci.
Dopiero na swoim dotarło do mnie, jak bardzo izolacja i home office mnie psychicznie zniszczyły. Jak trudno mi było na początku zorganizować dzień, kiedy wszystko zależy tylko ode mnie. Przez długi czas nie mogłem patrzeć na komputer. Jechać w teren? Spoko. Robić zdjęcia, zbierać dane? Jasne. Ale usiąść i pisać? Koszmar.
W końcu odpuściłem. Przestałem się tyrać. Dałem sobie czas. I wtedy – wróciła motywacja. Pojawiła się radość z tego, co robię. I wygląda na to, że zostanę z tym na dłużej.
Skończyłem właśnie jeden kurs. Już rozglądam się za kolejnym. Ten etap prowadzenia firmy, w którym pojedyncza inwestycja skaluje całe przedsięwzięcie kilkukrotnie, daje masę satysfakcji. Dobry tablet, program do inwentaryzacji ArboMap antena GPS – i nagle coś, co kiedyś zajmowało kilka dni, robię w parę godzin.
Szkolenia systematyzują wiedzę, którą już miałem. Pokazują rzeczy, na które – jako leśnik – nie zwracałem uwagi. Musiałem przemodelować myślenie: z produkcji desek na dbanie o dobrostan drzewa.
Mam dziś większą swobodę. Mogę samodzielnie zarządzać swoim czasem, spotykać się z ludźmi nie tylko służbowo, ale i prywatnie. Iść do lekarza, do urzędu – bez stresu, bez kombinowania. Niby drobiazgi, ale zmieniają jakość życia.
Czasem myślę, że może za długo siedzę przy robocie, ale widzę, że mam do tego zdolności do organizowania, do inwestowania w rozwiązania, które skracają pracę i dają realną wartość.
I tak sobie to pcham do przodu.